„Nigdy nie mów nigdy”- znów się sprawdza

 

Centrum Zdrowia Dziecka. Warszawo! Nadciągamy…

 

Broniłam się bardzo i nie chciałam tam jechać ale jednak- to nieuniknione. Wszystko nagle zaczęło się przypominać, wspomnienia wracają. O dziwo nie te straszliwe ale całkiem przyjemne(jeżeli da się to tak nazwać). Przypomina mi się zapach tego miejsca. W środku i na zewnątrz, ładna pogoda i lekki powiew wiatru jak w jakimś letnim nadmorskim kurorcie. Wielki szpital na obrzeżach miasta połączony z hotelem niegdyś zwanym „Hotel matki i dziecka” ( jeszcze nie zdjęto szyldu z lat PRL-u, który kieruje w to miejsce), w tamtych czasach był darmowy. Dziś hotel „Patron” jest płatny i trochę obskurny, ale przecież nikomu tam o to nie chodzi… nikt raczej nie zwraca na to uwagi, bo goście hotelowi to nie zwykli turyści, którzy przyjechali tu się wyszaleć i pozwiedzać. To rodzicie dzieci, których życie jest zagrożone. To również rodzice z dziećmi niepełnosprawnymi bądź zmagającymi się z jakimiś chorobami. Przyjeżdżają tu na konsultacje czy turnusy rehabilitacyjne. I płacą kupę kasy za pobyt, bo tu jest blisko, bo tu są przy dziecku i tak dalej. Nikt nie zwraca uwagi, że latem mrówki robią przemarsz przez cały pokój bo im się łazienka spodobała, albo po prostu szaleńczo biegają po dywanie. O nie… to nie była tylko jedna rodzina mrówek.. Jak ktoś kiedyś widział ruchomy dywan 3D, to to właśnie było coś takiego… 😀 Inwazja os czy innych robali to norma i uwierzcie mi, mało kto się skarżył na te warunki. Tu się wracało wyspać, a reszta dnia i tak w szpitalu. Pamiętam zapach lasu który było czuć wieczorem,gdy wracałam do pokoju z ciasnych, szarych korytarzy. To był jedyny moment, kiedy mogłam pooddychać świeżym powietrzem. Rano zwykle przechodziło się podziemiami, mijając sklepiki z ciepłym pieczywem oraz pasaż z małych stoisk z ubraniami, butami a nawet książkami. Czasem wychodziło się też na zewnątrz do sklepu spożywczego czy na jakiś posiłek. Przypominam sobie wypady z innymi mamami na  wytrawne naleśniki, kiedy wypraszano nas z sali bo coś się działo z jakimś dzieckiem lub pielęgniarki kończyły/zaczynały zmianę i trzeba było wyjść z oddziału.

Byliśmy tam przez pół roku. Niektórzy rodzice są jeszcze dłużej. Trochę gotowaliśmy sami( tak dla oszczędności), jednak w „Patronie” jest to surowo zabronione i zrezygnowaliśmy, żeby nie wylecieć na zbity pysk. Dopóki czegoś nie przypaliliśmy było ok… ale później?  Niestety trzeba było odwiedzać warszawskie garmażerie lub bufet CZD. Jak wyglądał dzień? Rano ściąganie mleka i zabieranie butelek z „nocnego ściągania” (tak, mając dziecko na OIOMie da się „karmić piersią”. Po prostu wlewa się je przez sondę lub PEGa) Potem czas z Laurką. Pora obiadowa- biegiem przez korytarze z powrotem do pokoju, ściąganie mleka, obiadek, może jeszcze trochę pomęczyć cycki co by mleczka więcej było i do Laurki. Do zmiany pielęgniarek (ok godz. 19:00) mogę siedzieć, potem znów przez podziemia, ściągnąć mleczko i ponownie biegiem do Laurki. Mamy czas dla siebie tylko do 21 lub 22… Potem lecę do pokoju, tym razem dookoła bo w podziemiach już pogasili światła. Oddycham świeżym powietrzem i oczywiście po raz kolejny ściągam mleko. O godz 00:00 melduję się z powrotem przy domofonie OIOMowym   -Halo.. świeża dostawa mleczka dla Laurki… 🙂 Pozdrawiam kochane Panie pielęgniarki, które codziennie o północy musiały tę ciepłą dostawę odbierać :* Potem wracam, po drodze nasycam się zapachem lasu i do spania. Rano budzę się, zanim stąpnę na podłogę sprawdzam czy mrówki zostawiły jakieś wolne miejsce na moją stopę 😀 Ściągam mleko… i tak dalej…

Wspomnienia wróciły, bo niedługo tam zawitam z Laurką. Tym razem tylko we dwie, na ważne badanie. To wizyta w poradni więc będziemy miały prawie cały dzień dla siebie. Boję się tego co możemy usłyszeć. Możliwe, że zabawimy kilka dni, odwiedzimy znajomych i pospacerujemy, pójdziemy na plac zabaw. Tym razem obie. Mam nadzieję, że Laurki wyniki się polepszą do tego czasu a nawet szybciej, bo kolejny termin podania komórek macierzystych już 11 maja! A wtedy Lublin. Oby CRP się ustabilizowało, oby infekcje poszły sobie i już nie wracały! Trzymajcie kciuki.

 

Póki co jesteśmy w domu i walczymy z infekcjami. Laurka uczy się pić z butli i jeść. Choć przyznam, że różnie to wychodzi.

ps: dzięki za wszystkie wiadomości, komentarze na facebooku i e-maile. Myślałam, że zostanę przeżuta i zjedzona za poprzedni wpis. A jednak stało się zupełnie odwrotnie. Wyobraźcie sobie, że facebook odrzucił nam promowanie tamtego artykułu ze względu na treści… To daje do myślenia. Niestety. Tak czy siak nie poddamy się i projekt ustawy w końcu przejdzie. Musi.

 

Pozdrawiamy

Share This: